Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 17 maja 2017

GDYBY PAN COGITO ODWAŻYŁ SIĘ STRZELAĆ...

Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.

Dialog z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu jest równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania Żydów. Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani żadnych bolszewików, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.
Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli - nam strzelać nie kazano?
Nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka.
Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.
Ludzi, którzy na nienawiści oparli swój reżim i chcieli nas „jednać” z wrogami polskości – mamy nazywać Polakami.
Hierarchom – za ich zaprzaństwo i hańbę „pojednania” z kremlowskim bandytą – winniśmy szacunek.
Kazano nam cieszyć się kłamstwem o „zasypywaniu podziałów” i „odbudować wspólnotę” z łotrami, którzy żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.
W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o „podziałach wśród Polaków”.
Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją Onych – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje rzekomej „opozycji” wynikały z „różnic politycznych i światopoglądowych”, były „prawem demokracji” i symptomem „pluralizmu”.
Pytania, które  Mackiewicz zadał w roku 1947 –„jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”- nikt nie odważy się powtórzyć.
 „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego.
Co po tym, że dziesiątki polityków i medialnych demiurgów dywaguje dziś o „chorych z nienawiści” i w ludziach rzekomej „opozycji” widzi „targowicę” i „spadkobierców komuny”?  Co po oracjach o walce ze „złogami komunizmu” i deklaracjach potępienia „antypolskiej narracji”?
Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, bełkoczą o „konsensusie” z sukcesorami komuny i „porozumieniu” z antypolską hołotą?
Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego „georealizmu” i piewcy „przyjacielskich relacji” z Niemcami i Rosją?
Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.
Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:
- Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?
-Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i władza takich postaci nie dowodzi  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?
- Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model „nowoczesnego patriotyzmu”?
Jeśli w realiach tego państwa wciąż znajdujemy rys komunistycznego piekła - wolno nam karmić się kłamstwem o „śmierci komunizmu” i wierzyć, że od trzech dekad przemierzamy „wielki plac czyśćca”? Kto dał nam prawo zamykać oczy na piętno tej sukcesji – tylko dlatego, że widząc ją, bylibyśmy zmuszeni do porzucenia fałszywych dogmatów? 
A skoro nie ma logiki, pytań ani odpowiedzi -  płaszczyzna bolszewickiego absurdu wytycza naszą świadomość i dialog z Mackiewicza musi wydawać się polityczną fikcją.
Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się politycy „obozu patriotycznego”. W czasach, gdy Mackiewicz pisał „Drogę donikąd”(1955) żyli jeszcze Żołnierze Niezłomni. Dla nich - „Strzelać. Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików”- było nakazem i polską powinnością.
Co znaczą dziś i czy można wypełnić obowiązek ludzi wolnych?
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie namawiał do wygnania moskiewskich wasali, wieszania zdrajców, golenia łbów kolaborantom i Obcym. Nie z powodu „humanitaryzmu” czy lewackiej poprawności, ale zwyczajnie – z poczucia odpowiedzialności, w której wzgląd na realia III RP nie pozwala oczekiwać rzeczy niedopuszczalnych.
Nawet darzyć ich nienawiścią – byłoby zbyt wiele, bo jej niszczycielskie skutki niewarte postaci tak marnych.
Ale zaprzeczać ich obecności, nadawać wartość ich łgarstwom, zwać ich Polakami lub polityczną „opozycją” – jest aktem tchórzostwa i draństwa, których nie rozgrzeszają żadne mitologie  demokracji.
Jeśli polskość ma być więcej niż łatwym sentymentalizmem i prowadzić do odrodzenia prawdziwej wspólnoty, musi odrzucić wszystko co proponują nam Obcy: z ich mediami, establishmentem i „elitami” przywleczonymi na ruskich czołgach. Nie tylko ze względu na dyskursywną nicość i semantyczne zaprzaństwo, ale dlatego, że niemożliwe jest budowanie społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewolnictwa.
Jeśli patriotyzm ma nie być łzawym wspomnieniem, a honor kategorią z przeszłości - „pogarda dla szpiclów katów tchórzy” – to nie werset z wiersza Herberta, ale obowiązek, przed którym nie wolno uciekać.
Fałszerze języka, dla których „słowa mają znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego”, nie mogą nam mówić – co i jak powinniśmy robić. „Strzelać” do nich – to zignorować ten przekaz, nie słyszeć go i nie oglądać.
Mogą panowie Kaczyński i Duda pochylać się w nad bełkotem „opozycji” i spełniać żądania antypolskiej hałastry – bo nie sobie wyrządzają krzywdę, lecz tym, którzy uwierzyli, że w imię partyjnych interesów nie wolno zła nazywać po imieniu.
Zdrajcy paktujący z wrogiem i ślący dziś donosy do brukselskich eurołajdaków, nie mogą dyktować warunków polskości. „Strzelać” do nich – to uznać takich  za Obcych i wykluczonych z polskiej wspólnoty.
Mogą panowie Kaczyński i Duda nawoływać do „porozumienia i dialogu”, a nawet „wybaczać” nie w swoim imieniu, bo nie oni płacą cenę za zabójczy mezalians z Obcymi.
Piewcy ruskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków, nie narzucą nam swoich „poglądów”. ”Strzelać” do nich – to zbojkotować zachowania, które nie mieszczą się w polskiej tradycji, skazać na hańbę i zapomnienie.
Mogą panowie Kaczyński i Duda tłumaczyć to „pluralizmem” i „prawem demokracji”, bo nie im zabrano marzenia o Niepodległej, gdy zastąpiono je państwem esbeków i kanalii.
Zawodowi kłamcy, półgłówki i propagandyści – nie są Polakom do niczego potrzebni. „Strzelać” do nich – to odmówić „polemiki” z łajdactwem, a wytworom owych miernot, cech racjonalności.
Mogą panowie Kaczyński i Duda słać apele do wrogich gadzinówek i traktować z atencją pospolitych chamów, bo kto raz został zakładnikiem mitologii demokracji, zawsze będzie głupcem i niewolnikiem.

Gdyby jednak przyszło komuś do głowy praktykować logikę mackiewiczowską – czeka go samotność. Tam, gdzie większość akceptuje życie w kłamstwie i dobrowolnie uczęszcza „na przyspieszone kursy padania na kolana” – „postawa wyprostowana” i logika mackiewiczowska stają się niedościgłą metaforą, a ludzi, którzy chcieliby je przyjąć, skazują na wykluczenie.
Tacy nie znajdą sprzymierzeńców. Ani wśród wyznawców partii rządzącej ani w kręgu autorytetów i zaprzedanych intelektualistów. Tym bowiem, wystarczy dar medialnego namaszczenia i bojaźliwa pewność, że propaganda chroni od wszelkich wątpliwości.
Gdyby więc Panu Cogito zamarzyło się „strzelać” i wbrew logice tłumu uwierzyć słowom Mackiewicza – niech będzie gotowy powtórzyć za Mistrzem:
Kiedyś nazwałem tę drogę "donikąd". Dziś uznana została przez "instynkt narodu" za docelową. W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu. Nie ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu". Ja przegrałem z kretesem. Więc proszę o pobłażanie."



Teksty związane:



GDYBY PAN COGITO NIE BAŁ SIĘ POTWORA …

niedziela, 30 kwietnia 2017

WIĘCEJ I MNIEJ. WBREW RADOM NIEPRZYJACIÓŁ

Lista błędów i zaniechań prezydenta Dudy w kwestiach związanych ze sprawami bezpieczeństwa narodowego jest równie długa, jak rejestr werbalnych deklaracji, w których kandydat, a następnie prezydent III RP zapowiadał swoje zaangażowanie w ten obszar. Ponieważ wyborcom partii rządzącej odmawia się prawa do formułowania ocen i postulatów pod adresem pana prezydenta oraz wyłącza jego działania spod rzeczowej krytyki, wizerunek Andrzeja Dudy jest w tym zakresie obarczony potężną dawką demagogii, niewiedzy i fałszu.
Już jedna z pierwszych nominacji – wyznaczenie szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego historyka, „specjalisty” od obrony cywilnej i pożarnictwa, anonsowała stopień zaangażowania prezydenta w sprawy bezpieczeństwa. Nominacja ta, zapowiadana wcześniej przez „Gazetę Wyborczą” i życzliwie przyjęta przez gen. Kozieja („to dobra wiadomość”) mogła sugerować, że pan prezydent nie ma zamiaru dokonywać radykalnych zmian w zrujnowanym przez poprzednika systemie bezpieczeństwa narodowego i nie przykłada szczególnej wagi do kwestii obronności.
Ujawniony już wówczas dysonans - między deklaracją, a działaniem, słowem, a decyzją, stał się nieodłącznym elementem prezydentury Andrzeja Dudy. W jednym z pierwszych wywiadów, udzielonych przez prezydenta „Nowoczesnej Armii”, padło pytanie:
W swoim programie wyborczym szeroko pojęte bezpieczeństwo uczynił Pan Prezydent jednym z czterech głównych zagadnień. Dotyczy to również kwestii sił zbrojnych i bezpieczeństwa zewnętrznego. Czy zamierza Pan być aktywny na tym polu bardziej niż poprzednicy?”
Odpowiedź prezydenta była mocnym dowodem prymatu demagogii nad faktami:
- „Zamierzam być bardziej efektywny niż mój poprzednik” – odpowiedział Andrzeja Duda. „Kwestie związane z bezpieczeństwem państwa, w tym obronności, traktuję jako jedną z głównych kompetencji i zadań prezydenta.”
Gdy zapytano – „Jedną z pierwszych Pana decyzji była decyzja o przeprowadzeniu audytu w Kancelarii Prezydenta. Czy podjęcie podobnego kroku przewiduje Pan Prezydent w odniesieniu do szeroko pojętej sfery obronności państwa?” - padła obietnica, której Andrzej Duda i szef jego Biura Bezpieczeństwa Narodowego nigdy nie spełnili:
W związku z prerogatywami Prezydenta RP dotyczącymi bezpieczeństwa niewątpliwie potrzebne jest dokonanie bilansu otwarcia. Mam tu na myśli chociażby szereg działań pozwalających mi zapoznać się ze stanem obronności państwa. Jednym z nich jest analiza realizacji zapisów najważniejszych dokumentów strategicznych, takich jak Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP, Polityczno-Strategiczna Dyrektywa Obronna czy też wydanych niedawno głównych kierunków rozwoju Sił Zbrojnych RP.”
W sierpniu 2015 roku, Paweł Soloch oświadczył, że prezydent postawił przed nim pierwsze zadanie - „sporządzenia audytu bezpieczeństwa narodowego”. Szef BBN zapowiadał także „zmiany w strukturze i organizacji biura, wynikające m.in. z faktu, że pan prezydent ma swoją wizję działań w obszarze bezpieczeństwa i jest bardzo wyczulony na kwestie doceniania poświęcenia i ofiarności żołnierzy podczas różnych misji wykonywanych na rzecz Rzeczypospolitej.”
Żadna z tych obietnic nie została spełniona.
Nigdy nie było „bilansu otwarcia”, nie sporządzono audytu bezpieczeństwa państwa, zaś w samym BBN zakonserwowano (również personalny) stan posiadania, odziedziczony po poprzedniku. Widniejąca na stronie BBN i obowiązująca Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP została sporządzona w roku 2014 i jest wynikiem tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), zarządzonego w roku 2010 przez byłego lokatora Belwederu. Koncepcje powstałe w ramach SPBN (nad którym m.in. pracowali tacy „eksperci” jak Andrzej Karkoszka, Krzysztof Janik, Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Marek Siwiec czy Zdzisław Lachowski) mimo rażącej ogólnikowości i pseudonaukowego żargonu, zawierały fundamentalną myśl: współpraca z państwem Putina ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa i stabilności. Była to teza kompromitująca - nie tylko w wymiarze politycznym i militarnym, ale naukowym i kompetencyjnym.
Stopień zaangażowania prezydenta Dudy w sprawy bezpieczeństwa doskonale obrazuje rejestr inicjatyw ustawodawczych. W okresie dwóch lat, pan prezydent zgłosił zaledwie osiem tego rodzaju inicjatyw, wśród których próżno szukać jakiejkolwiek poświęconej tematyce bezpieczeństwa.
Znajdziemy tam: projekt ustawy ws. wieku emerytalnego i kwoty wolnej od podatku, projekt nowelizacji ustawy 500+, propozycję ustawy z zakresu oświaty polonijnej i noweli ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, projekt „ustawy frankowej”, projekt zmiany kodeksu karnego w zakresie praw dziecka oraz ustawę o Narodowych Obchodach Setnej Rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Oznacza to, że przez blisko połowę kadencji, pan prezydent nie okazywał zainteresowania sprawami bezpieczeństwem obywateli i żadna z jego inicjatyw ustawodawczych nie dotyczyła obszaru wojska, modernizacji sił zbrojnych, reformy służb specjalnych czy koncepcji bezpieczeństwa narodowego.

wtorek, 18 kwietnia 2017

ESBECKI GAMBIT CZY MAT MACIEREWICZA ?

Od początku lat 90. konstrukcja ataków na Antoniego Macierewicza opierała się na tym samym modelu: epatowaniu prymitywnym kłamstwem i dezinformacją oraz odwoływaniu do negatywnych skojarzeń i odczuć, wśród których strach, zawiść i irracjonalna niechęć odgrywają rolę wiodących ekscytacji. Wielu naszym rodakom - ludziom słabym i zależnym od projekcji ośrodków propagandy z łatwością wmówiono, że polityk skuteczny, mający trwałe zasady moralne i solidny fundament ocen rzeczywistości, musi należeć do osób „kontrowersyjnych i ekstrawaganckich”.
Operacja „esbeckiego gambitu”, której celem jest pozbawienie stanowiska ministra obrony narodowej, nie odróżnia się od poprzednich kombinacji, w których sięgano po dowolne łgarstwa, manipulacje i intrygi. Jeśli nawet nie miały one żadnego związku z faktami i prowadziły na bezdroża rozumu – tym gorzej dla faktów i logiki. Efekt nie jest bowiem zależny od miary intelektu lub normy sumienia, ale od możliwości dotarcia do odbiorcy i zmuszenia go do obcowania z zatrutym źródłem. Odbiorca jest tym bardziej podatny na dezinformację, im dłużej trwa atak  i częściej utrwalają się negatywne skojarzenia. Dla osiągnięcia celu nie trzeba nic więcej.
Jedna okoliczność tworzy „nową jakość” w obecnej kombinacji – aktywny udział polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz włączenie w nią partyjnych przekaźników, zwanych „wolnymi mediami”. W tekstach z poprzednich miesięcy wskazywałem na szereg wypowiedzi i decyzji, które jednoznacznie podkreślały to uczestnictwo i przyczyniały się do wytworzenia atmosfery korzystnej dla celów „esbeckiego gambitu”. Jeśli dziś niektórzy mędrcy odkrywają, że „odejście Antoniego Macierewicza jest możliwe”, to konkluzja spóźniona o co najmniej pół roku.  
Przedświąteczna inscenizacja z „dyscyplinowaniem” B. Misiewicza, rozegrana przez J. Kaczyńskiego i jego media, przecina wątpliwości co do intencji prezesa PiS. Na oczach milionów Polaków urządzono ponure widowisko, angażując w nie najważniejszych polityków, ośrodek prezydencki i rządowe media. Tylko niewiele osób potrafiło dostrzec, że wokół „casusu Misiewicza” – rozegranego wyłącznie w celu dyskredytacji Antoniego Macierewicza, powstała realna „wspólnota brudu” – sojusz partii rządzącej i antypolskich ośrodków propagandy. To ważny dowód na prawdziwość tezy, że większość rzekomych sporów na linii rząd -„opozycja”, gros medialnych potyczek i  spektakularnych walk, należy traktować jako mistyfikację mającą uwiarygodnić mitologię demokracji i istnienie w III RP „mechanizmów politycznych”. W rzeczywistości – mamy do czynienia z rodzajem gry, w której Polacy występują w roli widzów teatru cieni. Gry korzystnej dla obu stron, ponieważ jedną uwiarygadnia jako „opozycję”, drugą zaś stawia w roli „ofiary” i rozgrzesza jej zaniechania. Warto zwrócić uwagę, że z „pola rażenia” tej gry wyłączony jest prezydent Andrzej Duda – co też znakomicie podkreśla jego rolę „stabilizatora układu”.

sobota, 15 kwietnia 2017

WIELKANOC 2017




Budowniczowie śmierci Syna Człowieczego zabezpieczają grób strażą i pieczętują kamień. Często budowniczowie świata, za który Chrystus chce umrzeć, usiłowali położyć kamień ostateczny na Jego grobie. Ale kamień pozostaje zawsze odwalony z Jego grobu.
Kamień: świadek śmierci - stał się świadkiem zmartwychwstania:
"Prawica Pańska moc okazała"
Święty Jan Paweł II

Wszystkim Państwu, którzy odwiedzacie mój blog, życzę prawdziwej radości, siły i hartu ducha oraz wszelkich łask płynących z przeżywania Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.
Życzę, by ten błogosławiony czas był pełen nadziei i wiary, dawał siłę do pokonywania codziennych trudności i pozwolił z ufnością patrzeć w przyszłość. Jeśli nawet kamień nagrobny musiał stać się świadkiem zmartwychwstania – nikt ani nic nie powstrzyma Prawicy Pańskiej.
Wesołego Alleluja !


Aleksander Ścios

niedziela, 9 kwietnia 2017

NIE BĘDZIEMY RAZEM

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu, po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę, idź wyprostowany wśród tych co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch ocalałeś nie po to aby żyć...
Trzeba było, by mój Prezydent zginął w Katyniu, w ziemi ciemnego kresu, gdzie giną najlepsi z najlepszych, odbierając ostatnią nagrodę.  Trzeba było, by mój Prezydent wrócił w prostej trumnie, by tym, co na kolanach, i tym, odwróconym od prawdy przypomnieć czym jest ofiara życia.
bądź odważny gdy rozum zawodzi, bądź odważny, w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy...
Odwaga jest w nienawiści u tchórzy. Dlatego szydzili z niej, pytając o „ślepego snajpera”, gdy mój Prezydent został bohaterem Gruzji. Dlatego zagłuszano jego głos, gdy przypominał o mordercach z Katynia i drwiono z niego, gdy bronił naszej pamięci.
oni wygrają pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę, a kornik napisze twój uładzony życiorys...
Oni wiedzą, że dziś można. Pokazywać zdjęcia nigdy nie widziane, nazywać mężem stanu i ciepłym człowiekiem. Dziś, gdy mój Prezydent nie żyje, zgraja hipokrytów prześciga się w pochwałach, z nikczemnym przekonaniem, że martwy już im nie przeszkodzi. Po latach szyderstw, tanim bełkotem próbują zmyć hańbę, wierząc, że oszukać Polaków jest rzeczą łatwą. 
i nie przebaczaj, zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie...
Nie będzie przebaczenia. Dopóki trwa kolejna odsłona kłamstwa katyńskiego, załgany spektakl pod dyktando Moskwy, odgrywany przez media i rządzących. Rozpoczęty przed wieloma miesiącami, gdy ten rząd, z tym pułkownikiem KGB postanowili z mojego Prezydenta uczynić przedmiot rozgrywek. Nie będzie przebaczenia, bo nim zebrano ciała ze smoleńskiego lotniska, już zabrzmiał haniebny dwugłos  - o „winie polskich pilotów” i „roli jaką mógł odegrać upór prezydenta” – zwiastujący to, co będzie się działo za kilka tygodni.
Nie będzie przebaczenia, bo chcą nam zabrać nawet naszą dumę.
 strzeż się jednak dumy niepotrzebnej, oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz...
Chcą, żebyśmy ślepą nienawiścią wystawili się na ciosy. Łatwe do zadania, bo ten kto nienawidzi, już przegrał. Przed swoją maską „żalu”, chcą postawić naszą „wrogość” i pokazać światu, jako „dumę niepotrzebną”. 
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda, dla szpiclów katów tchórzy...
I dla namiestnika, który w nienawiści do mojego  Prezydenta, przez lata topił lęk. Dziś – wyniesiony na jego śmierci chce „łączyć w żałobie” i załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem” próbuje zatrzeć nieprzekraczalne granice.
Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę.
Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych.
Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy -  kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.  

Tekst z 11 kwietnia 2010 r.

wtorek, 21 marca 2017

GRA NA „WYBUDZONEGO” PREZYDENTA

List Andrzeja Dudy do szefa MON wpisuje się w cele kombinacji operacyjnej wymierzonej w Antoniego Macierewicza i może zapowiadać eskalację konfliktu na linii Belweder-MON. Nie wykluczam, że świadome uczestnictwo ośrodka prezydenckiego w „esbeckim gambicie” stanowi preludium przed próbą odwołania ministra obrony narodowej. Za taką interpretacją intencji prezydenta przemawia forma i treść listu oraz sposób i miejsce upublicznienia tej informacji.
Jako zwierzchnik Sił Zbrojnych Andrzej Duda ma oczywiste prawo wyrażania opinii na temat funkcjonowania resortu obrony, a tym bardziej, do troski o stan armii i sprawy dotyczące bezpieczeństwa. Nie dziwi zatem sam list, lecz to, w jakich okolicznościach powstał, jakich spraw dotyczy oraz kiedy i jak został upubliczniony.
Wskaże tylko najważniejsze okoliczności związane z tym wydarzeniem.
Jeśli list pana prezydenta został wysłany w ubiegły czwartek, tj. 16 marca br., należałoby wyjaśnić zachowanie prezydenckiego rzecznika  M. Magierowskiego, który dwa dni po wystosowaniu listy, 18 marca, podczas audycji w radiowej Trójce zapewniał, że „wszystkie nominacje w armii są w pełni uzgodnione z panem prezydentem”, a zdaniem Andrzeja Dudy – „wymiana kadr w armii postępuje w sposób spokojny, nie ma zagrożenia destabilizacją na szczytach hierarchii wojskowej”. Magierowski podkreślał również, że „pan prezydent spotyka się bardzo regularnie z szefem MON”. Z wypowiedzi prezydenckiego ministra w żaden sposób nie wynikało, by Andrzej Duda miał być zaniepokojony sprawami obsady stanowisk lub chciał wyrażać jakieś „oczekiwania” wobec szefa MON – co dobitnie sformułował w liście. Zasadnym jest pytanie – jeśli dochodziło do „bardzo regularnych” spotkań obu polityków, po co potrzebna była nadzwyczajna i spektakularna forma listowego wystąpienia? Czy tego rodzaju spraw nie można było uzgodnić podczas osobistego spotkania?
Poważne podejrzenia powinien budzić sposób ujawnienia informacji. Choć list prezydenta nie był dokumentem tajnym, to należałoby wyjaśnić – w jakich okolicznościach doszło do przecieku i kto tego dokonał? Byłoby to tym łatwiejsze, że taka korespondencja nie trafia do rąk podrzędnych urzędników, a zatem krąg potencjalnych donosicieli jest stosunkowo niewielki.
Do listu miał rzekomo dotrzeć reporter "Faktów" TVN Krzysztof Skórzyński i właśnie w tym medium ujawniono treść korespondencji. To zaskakujące, że przeciek pojawił się w stacji, która od wielu miesięcy nagłaśniała dokładnie te same sprawy i tematy, jakie zawarto w prezydenckim wystąpieniu. Ów „reporter śledczy” TVN był autorem programów, w których atakowano Antoniego Macierewicza za zwolnienia dotychczasowych attaché wojskowych i stawiano mu zarzuty opieszałości  w obsadzie tych stanowisk.
Czytając teksty publikowane na TVN24 i prezentowane tam głosy żarliwych obrońców oficerów zwolnionych z ataszatów, można dojść do wniosku, że autor prezydenckiego listu został wręcz zainspirowany tematyką rozgrywaną przez tą stację. Jeśli w liście Andrzeja Dudy wyrażano „zaniepokojenie” brakiem obsady ataszatów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Bułgarii czy na Ukrainie – dokładnie tych samych kwestii dotyczyła troska organu TVN.
Nie jest to  przypadkowa tematyka.

sobota, 18 marca 2017

CZY ZASŁUŻYMY NA NIENAWIŚĆ MOSKWY ?

Zakres polityki zagranicznej rządu Prawa i Sprawiedliwości, wytyczają słowa Andrzeja Dudy z orędzia prezydenckiego –  „Polityka zagraniczna, która nie lubi rewolucji, potrzebuje dzisiaj korekty. Ta korekta to zwiększenie aktywności”. Kilka dni później, prezydent powtórzył: „Absolutnie nie będzie żadnej rewolucji. Potrzebna jest nam korekta. Chodzi mi o zwiększenie aktywności. Akcentowałem konieczność poprawy relacji z sąsiadami.
Zapowiedź „korekty” zasadniczo przeczyła wcześniejszym ocenom polityki zagranicznej rządów PO-PSL. Szereg wypowiedzi polityków PiS oraz sztandarowy dokument tej partii, tzw. „Program PiS 2014” zawierał wyłącznie negatywne opinie na temat  dokonań poprzedników i w okresie przedwyborczym zapowiadał wręcz rewolucyjne zmiany.
Zasada „konieczności poprawy relacji z sąsiadami”, sformułowana dobitnie przez Andrzeja Dudę, już wówczas dowodziła podległości dogmatyce „georealizmu” i sytuowała partię pana Kaczyńskiego w grupie utopistów i mistyfikatorów, którzy od dziesiątków lat niweczą nasze marzenia o silnej i niepodległej Polsce. Ta grupa nie tylko odrzuca doświadczenia historyczne, ale nie chce dostrzec, że niezależnie od ilości podpisanych umów i werbalnych deklaracji, Moskwa i Berlin zawsze  będą wrogami polskości.
Historycznym dążeniem tych państw jest ustanowienie na Wiśle granicy rosyjsko-niemieckiej i wymazanie Polski z mapy świata.  To, czego nie sformułuje dziś żaden polityk niemiecki, jest od lat realizowane na mocy sojuszu Merkel-Putin i dokonywane przy współudziale „elit” III RP. Różnica między obecną sytuacją, a rokiem 1939 polega jedynie na odwróceniu zadań i modyfikacji akcentów: konflikt zbrojny ma wywołać Rosja, Niemcom zaś przewidziano rolę politycznego i ekonomicznego wspornika.
Jeśli nie ma dziś polityków zdolnych do rewizji naszej strategii wobec najbliższych sąsiadów, zaś rządząca III RP klasa polityczna nawet nie próbuje zdefiniować polskiej racji stanu, jest w tym dowód uległości wobec dyktatu porządku jałtańskiego i akceptacji ambicji rosyjskich i niemieckich.
Obowiązek zachowania „przyjacielskich” relacji z Rosją i Niemcami, to podstawowy mit paraliżujący polską myśl polityczną. Po roku 1989 został on „wzbogacony” retoryką unijną i narzucony III RP, jako trwała zasada polityki zagranicznej.
Przedstawiciele partii pana Kaczyńskiego celebrują go tym chętniej, że gorliwe zapewnienia o „przyjaźni” i „normalizacji stosunków” zdejmuje z nich odium najgorszego przekleństwa politpoprawności – posądzenia o „rusofobię” lub antyniemieckość.
Chwilowe pogorszenie relacji z Niemcami, wywołane dziś ambicjonalną hucpą prezesa Kaczyńskiego w związku z tzw. wyborami przewodniczącego RE oraz buńczuczne wypowiedzi polityków PiS, nie powinny zatrzeć prawdy, że przez ostatnie półtora roku ten rząd bezmyślnie zabiegał o „przyjazne relacje” z zachodnim sąsiadem i w żadnym zakresie nie potrafił podważyć niemieckiej dominacji nad Europą. Idę o zakład, że wkrótce będziemy świadkami kolejnej „normalizacji” tych stosunków i żadne incydenty (w tym nagłaśniana ostatnio sprawa instrukcji szefa RASP) nie wpłyną na kontynuację mitologii „georealistów”.

poniedziałek, 27 lutego 2017

DO RUSOFOBÓW I ANTYDEMOKRATÓW

Próba antyrządowego puczu, awaria systemów informatycznych PAP, zakłócenia w odbiorze TVP, włamanie do mieszkania wiceministra spraw wewnętrznych i administracji, zagadkowe awarie sieci komórkowych, kombinacja operacyjna „sprawa Misiewicza”, atak na domenę internetową Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczej, próba włamania hackerskiego do MSZ, wypadek samochodowy z udziałem ministra Antoniego Macierewicza, ataki internetowe na polski sektor bankowy, włamanie do systemu informatycznego Komisji Nadzoru Finansowego, wypadek samochodowy z udziałem premier Beaty Szydło – to tylko niektóre z wydarzeń, jakie miały miejsce w Polsce w okresie ostatnich trzech miesięcy.
Wprawdzie są to epizody różnej wagi, związane z różnymi aspektami polskiej rzeczywistości, to łączy je wspólny mianownik – wszystkie dotyczą szeroko rozumianego obszaru bezpieczeństwa  państwa.  
Takiej kumulacji zagrożeń, nie sposób uznać za przypadek. Część z nich jest zapewne efektem operacji dokonywanych w ramach wojny hybrydowej (testowanie systemów informatycznych III RP oraz podatności na dezinformację), inne zaś dowodzą porażającej słabości i nieudolności służb ochrony państwa. Analizowanie przyczyn, byłoby jednak stratą czasu i objawem skrajnego infantylizmu. Jeśli poświęcam uwagę tym wydarzeniom, to dlatego, by pokazać mechanizm fałszywej gry prowadzonej przez ekipę rządzącą oraz ostrzec przed jej konsekwencjami.
To konieczna uwaga, bo politycy PiS, jak i apologeci tej partii, nie są i nigdy nie byli zainteresowani tematem bezpieczeństwa. Nie jest to odkrywcza konkluzja, bo od czasu, gdy partyjny „mędrzec” A. Lipiński, dał się sromotnie ograć pewnej posłance „Samoobrony”, PiS pozostaje bezbronny wobec realnych zagrożeń, gier operacyjnych i prowokacji, a swoje przetrwanie na arenie politycznej zawdzięcza uczestnictwu w systemie fałszerstw III RP i uprawnianiu mitologii demokracji. W kwestiach bezpieczeństwa, politycy PiS i większość wyborców tej partii, zadowalają się zatem prostacką propagandą i demagogią.
Zjawisko to przybiera postać niepokojącej patologii, o czym świadczą dwa charakterystyczne przykłady.
Niestety nie wszyscy zrozumieli powagę sytuacji i wypadek potraktowali jako okazję do krytyki rządzących” – głosił tytuł publikacji zamieszczonej na łamach wpolityce.pl., tuż po wypadku samochodu z premier Szydło. Takie dictum ucinało dyskusję nad problemami związanymi z ochroną VIP-ów i sprowadzało temat do poziomu partyjnej retoryki oraz wyrażania peanów na cześć pani premier. Najwyraźniej, zdaniem prorządowych żurnalistów, „powaga sytuacji” powinna wymuszać zaniechanie jakiejkolwiek krytyki i refleksji.
Kwintesencją zjawiska był jednak tekst Doroty Kani, zamieszczony na portalu niezalezna.pl. Tytuł – „Seryjny samobójca przeniósł się na ulice?” wprost sugerował, że za wypadkiem B.Szydło mogły stać działania „nieznanych sprawców”. W kilku nieskładnych zdaniach, bez wskazania choćby cienia argumentów, autorka insynuowała, jakoby taką  interpretację można było zastosować do wypadku prezydenta Dudy czy kolizji z udziałem auta szefa MON. Tekst Kani, można uznać za wzorcowy przykład propagandowych emanacji „wolnych mediów”. Głoszenie podobnych bredni ma wszakże określony cel. Prorządowe dziennikarstwo służy „mobilizacji” elektoratu, wywołuje pożądane emocje i skojarzenia, generuje uczucie strachu i zagrożeń (nieodzowne w sprawowaniu „rządu dusz”),  a przede wszystkim, chroni rządzących przed krytyką ze strony wyborców, samych zaś wyborców - przed samodzielnym myśleniem.

wtorek, 7 lutego 2017

ESBECKI GAMBIT

Jedna z metod pracy operacyjnej SB polegała na atakach wymierzonych w rodzinę, bliskich oraz osoby z otoczenia figuranta. Sięgano po nią tym chętniej, jeśli sam figurant – z powodu pozycji społecznej, autorytetu lub środowiskowej reputacji, znajdował się poza zasięgiem bezpośrednich działań esbeków, zaś klasyczne metody operacyjne (podsłuchy, inwigilacja, prowokacje) nie przyniosły spodziewanych rezultatów.
Atak na osoby bliskie czy współpracowników stosowano wtedy, gdy (mimo usilnych starań esbeków) nie potrafiono znaleźć żadnego „haka” ani skutecznego komprmateriału na samego figuranta. Zastraszając i nękając ludzi z jego otoczenia, liczono nie tylko na pozyskanie takich narzędzi, ale też na wzbudzenie w figurancie poczucia „winy” („to przez ciebie muszą cierpieć bliskie ci osoby”) oraz zmuszenie go do określonych zachowań, ustępstw i rezygnacji.
Ponieważ III RP zbudowano na pakcie esbeków z ich agenturą i z tego środowiska wywodzi się większość przedstawicieli obecnych „elit”, również zasady pracy operacyjnej SB zostały zaprzęgnięte w  rozgrywki i schematy działań publicznych. Tam, gdzie ludzie ślepi lub głupi chcą dostrzegać „mechanizmy polityczne” i śledzić „naturalne procesy demokracji”, zwykle mamy do czynienia z klasyczną kombinacją operacyjną i pragmatyką pracy służb specjalnych.
Teza ta doskonale się broni na przykładzie obecnej wojny hybrydowej – rozgrywanej według zasad zaczerpniętych z arsenału SB: poczynając od akcji propagandowych i dezinformacyjnych (z wykorzystaniem funkcjonariuszy z podległych ośrodków medialnych), poprzez gry i kombinacje wymuszające określone zachowanie przeciwnika, po stosowanie prowokacji i dywersji politycznej, jako formy działania partii i grup określanych mianem „opozycji”. Również analiza narzędzi wykorzystywanych przez ową „opozycję” nie pozostawia wątpliwości, że mocodawców i źródeł inspiracji należy szukać w środowisku byłych esbeków.
Sami zaś, tzw. politycy „opozycji” oraz poszczególne indywidua wystawiane na widok publiczny, spełniają w tej grze rolę „słupów ogłoszeniowych” i nie posiadają większych właściwości sprawczych.
W ramach prowadzonej przez to środowisko wojny, można wskazać jeden, za to niezwykle spektakularny przykład, który znakomicie obrazuje charakterystykę pracy operacyjnej bezpieki i obnaża intencje mocodawców „opozycji”.
Od wielu miesięcy, a dokładnie od dnia likwidacji tzw. Centrum Eksperckiego NATO (grudzień 2015) osoba Bartłomieja Misiewicza znajduje się na celowniku środowisk chcących uderzyć w samego szefa MON. Ataki na dyrektora gabinetu politycznego, są efektem stosowania opisanej powyżej metody operacyjnej i częścią kombinacji zmierzającej do pozbawienia stanowiska Antoniego Macierewicza . To jest przyczyna owej „koncentracji wysiłku dezinformacyjnego”, o którą pytał niedawno szef MON.
„Zastępczy cel” nie jest oczywiście przypadkowy.
Likwidacja „Centrum”, w której aktywnie uczestniczył Bartłomiej Misiewicz uniemożliwiła ludziom ze środowiska b.WSI stworzenie „eksterytorialnej” służby specjalnej, wyjętej spod władzy i jurysdykcji ministra obrony narodowej.  Szefami nowej struktury mieli zostać oficerowie SKW, przyjęci do służby przez reżim PO-PSL. Projekt realizowany przez ówczesne kierownictwo SKW, miał stanowić rodzaj „wyborczego spadochronu”, dzięki któremu oficerowie ci staliby się  „nietykalni” i praktycznie nieusuwalni ze struktur Sił Zbrojnych. Jedynie szybka i zdecydowana reakcja ministra Macierewicza, zapobiegła tym planom. Na odpowiedź „skrzywdzonych” nie trzeba było długo czekać. Pułkownik Dusza wysmarował natychmiast sześciostronicowy elaborat, a publikująca go „GW” przypuściła atak na nowe kierownictwo MON, alarmując o „Demolce kontrwywiadu”. Marek Biernacki, były koordynator służb specjalnych, w liście do prezydenta Andrzeja Dudy zadawał zaś dramatyczne pytanie - "Czy przypadkiem celem niespodziewanego najścia nie była  potencjalna a bardziej domniemana zawartość kasy pancernej w CEK NATO? Ciekawe, a na jakie to dokumenty liczyli trafić kontrolerzy ministra?"

niedziela, 22 stycznia 2017

CHIŃSKA MAŁPA I GŁUPI TYGRYS

Prezydentura Donalda Trumpa nie przyniesie przełomu. Nie zmieni globalnych relacji na korzyść Ameryki i nie wpłynie na zmniejszenie światowych zagrożeń. Donald Trump nie tylko nie odbuduje mocarstwowej pozycji USA, lecz swoją krótkowzroczną, dyletancką polityką wzmocni jej największego wroga.
Kardynalnym błędem Donalda Trumpa nie jest koncepcja odbudowy stosunków z Rosją. Nie jest nim również upatrywanie w Putinie sprzymierzeńca w walce z terroryzmem, przyzwolenie na okupację Krymu czy uczynienie z kremlowskiego watażki głównego gracza na Bliskim Wschodzie. Te groźne kryteria, mające ułatwić ludziom Trumpa robienie interesów z Rosją, są zaledwie konsekwencją znacznie poważniejszej herezji.
Błędem, który wyklucza Trumpa z grona wielkich graczy i wizjonerów politycznych, jest przekonanie, że można „rozegrać” Rosję przeciwko Chinom i na odbudowie relacji z Putinem doprowadzić do osłabienia Państwa Środka.
Jakiekolwiek motywy przypisać działaniom nowego przywódcy USA i jakkolwiek oceniać infantylizm jego poglądów na świat, to stanowisko ujawnia zatrważającą ignorancję polityczną i już dziś pozwala przewidzieć fiasko amerykańskiej strategii.
Gdy w jednym z niedawnych wywiadów, Donald Trump przyznał, że „chciałby wykorzystać wszelkie dostępne środki, aby zbalansować stosunki z Moskwą i Pekinem” i zapewnił, że „dopóki nie zauważy zmiany w podejściu Pekinu do szkodzących gospodarce USA praktyk walutowych i handlowych nie będzie się trzymał porozumienia z ChRL z roku 1979”, ujawnił przywiązanie do najgroźniejszego zabobonu politycznego XX wieku. Jego ciepłe deklaracje pod adresem Putina -"Jeśli się porozumiemy i Rosja faktycznie nas wesprze, jeżeli ktoś robi naprawdę wspaniałe rzeczy, dlaczego utrzymywać sankcje?” oraz naiwna wiara, że umizgi do pułkownika KGB stworzą przeciwwagę dla relacji z Chinami, są dla mnie dostatecznym argumentem, by odmówić Trumpowi miana poważnego polityka.   
Genezy fałszywej wizji, w której Rosję można „rozegrać” przeciwko Chinom należy doszukiwać się w koncepcji wyrażonej onegdaj przez Winstona Churchilla - o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Zaledwie „diabłem” miał być wówczas Stalin, odpowiedzialny za śmierć blisko 200 milionów istnień. W opinii przywódców „wolnego świata” stanowił on mniejsze zagrożenie od „szatana” – Hitlera, winnego zagładzie prawie 60 milionów ludzi.
Współczesna geopolityka stanowi prostą kontynuację tamtej mitologii i wspiera na szalbierskich dogmatach ustanowionych w czasach Jałty. Nie ma w niej miejsca na racjonalną metodologię, która uwzględniałaby rzeczywiste relacje „diabła i szatana” ani na prawidłową ocenę głównej broni światowego komunizmu - strategii podstępu i dezinformacji.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

MY NIE WIEMY – RZECZ O GRANICACH

"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, musza być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował  Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Dziś wiemy, że cały proces „transformacji ustrojowej” był kierowany i nadzorowany przez bezpiekę. Nim rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach dyspozycji wydanych przez szefa bezpieki, inspirowano więc powstawanie nowych partii i środowisk politycznych. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1990 przemienili się w biznesmenów, bankierów i polityków. Jedną z partii, w której znalazły się takie postacie, był Kongres Liberalno Demokratyczny, z którego, w roku 2001 powstała Platforma Obywatelska.
Gdy w świetle kamer telewizyjnych „trzech tenorów” obwieszczało powołanie „nowej siły” zapowiadając przy tym „uwalnianie tkwiących w nas talentów”, Ludwik Dorn w Tygodniku „Nowe Państwo” (z 2.03.2001) pisał: „Niezależnie od tego, że udział w tym przedsięwzięciu bierze szereg osobistości politycznych o życiorysach związanych z opozycją wobec PRL, to zarówno Andrzej Olechowski, główny animator Platformy (zarejestrowany tajny współpracownik kontrwywiadu zagranicznego PRL), jak i jego bezpośrednie zaplecze intelektualno-organizacyjne w postaci funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych (generałowie Petelicki i Czempiński) oraz grupa finansowego wsparcia (Business Centre Club, gdzie czołową rolę odgrywają byli pracownicy biur radców handlowych PRL-owskich ambasad) kojarzeni są z komunistycznym wywiadem – dawnym I Departamentem MSW. Platforma Obywatelska nie jest wyłącznie ekspozyturą “jedynki”, ale w rękach realnej grupy kierowniczej stanowi użyteczne, w dużym stopniu kontrolowane narzędzie realizacji jej ekonomicznych interesów.