Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

niedziela, 22 stycznia 2017

CHIŃSKA MAŁPA I GŁUPI TYGRYS

Prezydentura Donalda Trumpa nie przyniesie przełomu. Nie zmieni globalnych relacji na korzyść Ameryki i nie wpłynie na zmniejszenie światowych zagrożeń. Donald Trump nie tylko nie odbuduje mocarstwowej pozycji USA, lecz swoją krótkowzroczną, dyletancką polityką wzmocni jej największego wroga.
Kardynalnym błędem Donalda Trumpa nie jest koncepcja odbudowy stosunków z Rosją. Nie jest nim również upatrywanie w Putinie sprzymierzeńca w walce z terroryzmem, przyzwolenie na okupację Krymu czy uczynienie z kremlowskiego watażki głównego gracza na Bliskim Wschodzie. Te groźne kryteria, mające ułatwić ludziom Trumpa robienie interesów z Rosją, są zaledwie konsekwencją znacznie poważniejszej herezji.
Błędem, który wyklucza Trumpa z grona wielkich graczy i wizjonerów politycznych, jest przekonanie, że można „rozegrać” Rosję przeciwko Chinom i na odbudowie relacji z Putinem doprowadzić do osłabienia Państwa Środka.
Jakiekolwiek motywy przypisać działaniom nowego przywódcy USA i jakkolwiek oceniać infantylizm jego poglądów na świat, to stanowisko ujawnia zatrważającą ignorancję polityczną i już dziś pozwala przewidzieć fiasko amerykańskiej strategii.
Gdy w jednym z niedawnych wywiadów, Donald Trump przyznał, że „chciałby wykorzystać wszelkie dostępne środki, aby zbalansować stosunki z Moskwą i Pekinem” i zapewnił, że „dopóki nie zauważy zmiany w podejściu Pekinu do szkodzących gospodarce USA praktyk walutowych i handlowych nie będzie się trzymał porozumienia z ChRL z roku 1979”, ujawnił przywiązanie do najgroźniejszego zabobonu politycznego XX wieku. Jego ciepłe deklaracje pod adresem Putina -"Jeśli się porozumiemy i Rosja faktycznie nas wesprze, jeżeli ktoś robi naprawdę wspaniałe rzeczy, dlaczego utrzymywać sankcje?” oraz naiwna wiara, że umizgi do pułkownika KGB stworzą przeciwwagę dla relacji z Chinami, są dla mnie dostatecznym argumentem, by odmówić Trumpowi miana poważnego polityka.   
Genezy fałszywej wizji, w której Rosję można „rozegrać” przeciwko Chinom należy doszukiwać się w koncepcji wyrażonej onegdaj przez Winstona Churchilla - o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Zaledwie „diabłem” miał być wówczas Stalin, odpowiedzialny za śmierć blisko 200 milionów istnień. W opinii przywódców „wolnego świata” stanowił on mniejsze zagrożenie od „szatana” – Hitlera, winnego zagładzie prawie 60 milionów ludzi.
Współczesna geopolityka stanowi prostą kontynuację tamtej mitologii i wspiera na szalbierskich dogmatach ustanowionych w czasach Jałty. Nie ma w niej miejsca na racjonalną metodologię, która uwzględniałaby rzeczywiste relacje „diabła i szatana” ani na prawidłową ocenę głównej broni światowego komunizmu - strategii podstępu i dezinformacji.
Wprawdzie wielu dzisiejszych „politologów” i tzw. ekspertów odrzuca tradycyjne podziały i próbuje deliberować o „nowym porządku” i  „innym wymiarze globalizacji”, to fundamentem relacji światowych nadal pozostają interesy „świata Zachodu” i interesy „reszty” -zdominowanej przez rosyjskie lub chińskie wpływy. Nadal też główna linia konfrontacji dotyczy starcia tego, co nazywamy „wartościami Zachodu” z bezideową, antycywilizacyjną siłą, za którą skrywa się rządza panowania nad światem.
Nonsensowna koncepcja „rozgrywania” rzekomych sprzeczności chińsko-sowieckich/rosyjskich, jest obecna w polityce amerykańskiej od kilkudziesięciu lat i w mniejszym lub większym stopniu kształtowała działania każdej ekipy prezydenckiej. Ponieważ stanowi główną przyczynę osłabienia mocarstwowej pozycji Ameryki i niewspółmiernego do realiów wzrostu znaczenia Chin – nigdy nie zostanie uznana za fałszywego bożka. Wymagałoby to rozstania z totalną mistyfikacją „upadku komunizmu” oraz przyjęcia obrazoburczej wizji o wspólnocie chińsko-rosyjskich interesów.
Na skutek rozlicznych błędów amerykańskiego wywiadu i wytężonej pracy agentury sowieckiej, doprowadzono do odrzucenia, a nawet ośmieszenia metodologii proponowanej przez Anatolija Golicyna – jedynego analityka, który bezbłędnie przewidział skutki wdrożenia sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji oraz (co dla Polaków powinno być szczególnie ważne) powstania tworu zwanego III RP:
„Utworzenie „Solidarności” i początkowy okres jej działania jako związek zawodowy, może być odczytywane jako eksperymentalna, pierwsza faza polskiej „odnowy”. Mianowanie Jaruzelskiego, wprowadzenie stanu wojennego, oraz zawieszenie „Solidarności”, stanowi drugą fazę, przeznaczoną na wprowadzenie tego ruchu pod ścisłą kontrolę oraz zapewnienie stanu politycznej konsolidacji. W trzeciej fazie można oczekiwać [pisane w 1984 r.], że zostanie uformowany rząd koalicyjny, skupiający przedstawicieli partii komunistycznej, reprezentantów reaktywowanej „Solidarności”, oraz Kościoła. W tym rządzie mogłoby się znaleźć również kilku tak zwanych „liberałów” – pisał Golicyn w „Nowe kłamstwa w miejsce starych”.
Gdyby po roku 1989 istniał w Polsce rząd  reprezentujący rzeczywiste interesy narodowe, musiałby odrzucić fałszywy obraz  „transformacji ustrojowej”, mitologię „okrągłych stołów” itp. narzędzi sowieckich knowań i dla realizacji polskich interesów przyjąć optykę Golicyna oraz proponowaną przezeń metodologię, w której uwzględnienie roli dezinformacji odgrywa zasadniczą rolę.
Przypomnę, że jeden z koronnych argumentów Golicyna (doskonale uzasadnionych) na realizację długofalowej strategii komunistycznej dotyczył „rozłamu chińsko-sowieckiego, który umożliwił tym dwóm komunistycznym potęgom pomyślnie przeprowadzić „strategię nożyczek”, to znaczy prowadzić podwójną politykę zagraniczną, w ścisłym wzajemnym skoordynowaniu, utajonym przed Zachodem i które nie zostało przez Zachód rozpoznane.
Trump i jego administracja nie muszą nawet wiedzieć, kim był Golicyn i jakie tezy propagował. Tym bardziej obca będzie dla nich myśl o wspólnej chińsko-rosyjskiej grze i długofalowej operacji dezinformacyjnej. To stan naturalny, w którym ofiary własnych błędów i fałszywych koncepcji politycznych są utwierdzane w nieświadomości.
Już w latach 50. ubiegłego wieku, zastępy sowieckich agentów pracowały nad utrwalaniem kłamstw na temat konfliktów chińsko-sowieckich, istnienia „ruchów odśrodkowych” i tzw. teorii konwergencji. Dziś zaś, pochodne tych mitów oraz niepodważalna wiara w „uśmiercenie komunizmu” korzystają ze szczelnej osłony światowej sieci agenturalnej, z pomocy tysięcy paputczików i użytecznych idiotów.
Jednym z dogmatów wychodowanych na gruncie nowej mitologii, jest przeświadczenie, że z Chinami należy prowadzić współpracę gospodarczą, inwestować w tamtejszy rynek i korzystać z taniej siły roboczej. Motorem tych obłędnych dążeń jest wyłącznie chęć zysku, przewyższająca swoim znaczeniem nawet instynkt samozachowawczy.
Drugi z mitów mówi, że pomiędzy Chinami a Rosją (wcześniej Związkiem Sowieckim) istnieje stan wrogości i rywalizacji, którą można wykorzystać do zneutralizowania chińskiego zagrożenia. Przyjęcie tej mitologii doprowadziło już do wytworzenia potężnej dezinformacji geopolitycznej i zmiany koncentracji sił strategicznych Zachodu.
Zamiast traktować Chiny i Rosję, jako państwa prowadzące wspólną i spójną politykę antycywilizacyjną, dążące wespół do zniszczenia porządku światowego, przyjęto irracjonalne założenie o odmienności celów oraz możliwości wykorzystania rzekomych antynomii.
Kompletnie nieznana jest koncepcja, w której przypadek Państwa Środka miałby dowodzić, jak dalece komunizm jest w stanie rozstać się ze swoją domniemaną ideologią i partyjnymi dogmatami, byle zapewnić sobie przetrwanie i doprowadzić państwa „wolnego świata” do ekonomicznego uzależnienia. Tzw. ekspansja gospodarcza Chin (najmocniejszy nośnik chińskiej agentury) oraz otwarcie przed państwami kapitalistycznymi ogromnego rynku inwestycji, służyło przede wszystkim asymilacji komunizmu, ,„oswojeniu” z nim partnerów biznesowych oraz tak głębokim zaangażowaniu ich we współpracę, by zrelatywizować i zignorować rzeczywiste oblicze zbrodniczego reżimu. Jeśli dziś, ów „wolny świat” nie wzdryga się przed korzystaniem z darmowej pracy milionów chińskich niewolników i więźniów politycznych, jest to efektem największego zwycięstwa komunistycznej strategii podstępu i dezinformacji.
Wytworzenie obszarów wolnego rynku, przy jednoczesnym zachowaniu twardych, totalitarnych metod terroru wobec własnego społeczeństwa, świadczy o dostosowawczym charakterze chińskiego komunizmu i wskazuje na potencjalne kierunki jego przeobrażeń.
Ponieważ Rosja prezentuje typ „komunizmu utajnionego”, podczas gdy Chiny kontynuują model „jawnego komunizmu”, tego rodzaju układ, przy wspólnocie celów obu państw, stwarza wręcz doskonałe warunki do prowadzenia globalnych gier politycznych, symulowania konfliktów, rozgrywania potencjalnych sojuszników i neutralizacji wrogów. Efekt ten jest dodatkowo wzmacniany poprzez ukazywanie rzekomego kontrastu - agresywnych i „nieprzewidywalnych” działań Rosji wobec zachowawczych, niekonfrontacyjnych zachowań Chin. Jeśli nawet w relacjach chińsko - rosyjskich, Moskwa jest kłopotliwym petentem i bywa traktowana przez Pekin jak młodszy i niezbyt rozgarnięty brat, w niczym nie zmienia to wspólnoty celów. W tym tandemie, Chińczycy dawno przejęli inicjatywę i od ponad dekady narzucają własne, niespieszne tempo.
Koniec pozorów i finał gry nastąpi wówczas, gdy Państwo Środka zarzuci dostatecznie szeroką sieć ekonomiczno-agenturalnych uzależnień i za pieniądze Zachodu zbuduje przewagę militarną nad głównym wrogiem - Stanami Zjednoczonymi. Chińczycy doskonale pamiętają, że „mądry generał zdobywa żywność od wroga”.
Przyjęcie przez Trumpa fałszywej perspektywy relacji chińsko-rosyjskich musi mieć negatywne implikacje. Nie da się wygrać wojny, traktując wroga jako sprzymierzeńca i prowadząc ją bez rozpoznania ukrytych mechanizmów i rzeczywistych sojuszy.
Dla zobrazowania skali zagrożeń, wskaże tylko jeden przykład.
Przed kilkoma laty działalność Edwarda Snowdena pogrążyła administrację Obamy i obnażyła słabość USA w starciu z sojuszem rosyjsko-chińskim. Informacje przekazane przez agenta (zwerbowanego prawdopodobnie przez służby chińskie) otworzyły przed kremlowskimi kagebistami ogromne możliwości wpływu na światową politykę bezpieczeństwa i ustawiły reżim Putina w pozycji  silnego gracza i partnera. Chiny i Rosja - dwa państwa sterujące światowym terroryzmem i przestępczością internetową, uzyskały wówczas potężne narzędzia w rozgrywce z USA. Nie tylko z powodu ograniczenia możliwości rozpoznania środowisk terrorystycznych (z których wiele korzysta z moskiewskich inspiracji) czy z uwagi na utrudnienia w inwigilacji przestępców internetowych – wspieranych z kolei przez Chiny. Już w roku 2012 Rosja i Chiny, wykorzystując histerię wokół ACTA dążyły do odebrania pozarządowej organizacji ICANN (Internet Corporation for Assigned Names and Numbers) kontroli nad przyznawaniem nazw domen internetowych, ustalania ich struktury i ogólnego nadzoru nad działaniem serwerów DNS. Domagały się również oddania kontroli nad bezpieczeństwem w sieci organizacjom międzynarodowym, co w praktyce prowadziłoby do  wprowadzenia cenzury, bowiem kompetencje działającej w USA ICANN, miałyby trafić w ręce jednej z instytucji ONZ, w której Rosja ma ogromne wpływy.
Propozycje rosyjsko-chińskie, złożone podczas konferencji w Dubaju zostały wówczas skutecznie zablokowane, jednak wiele wskazuje, że wkrótce dojdzie do wznowienia tej samej akcji. Argument o amerykańskiej inwigilacji (ugruntowany na podstawie doniesień Snowdena) jest bowiem skutecznie wykorzystywany w rozgrywkach politycznych i posłużył już jako parawan do rozbudowy realnego systemu nadzoru nad siecią internetową oraz wdrożenia dodatkowych narzędzi inwigilacji. Nazywając Snowdena „bohaterem działającym w interesie społeczeństwa” i „obrońcą wolności” – Rosjanie zakpili z Ameryki i cynicznie oszukali światową opinię publiczną. Efektem działalności tego agenta było bowiem wzmocnienie pozycji Rosji i Chin, głównie w obszarze dezinformacji i wojny cybernetycznej.
Trump, który w obronie własnych interesów jest gotów podważać intencje i kompetencje wywiadu USA, stanie się wdzięcznym obiektem rozgrywek w tym newralgicznym obszarze. Ile ataków chińskich i rosyjskich hakerów zostało przeprowadzonych dzięki wykorzystaniu „casusu Snowdena”, wiedzą tylko sprawcy. Za prezydentury Trumpa, będzie to stokroć łatwiejsze.
Innym z negatywnych skutków „wykorzystania” Rosji w rozgrywce z Chinami, jest pomysł traktowania stolicy terroryzmu, jako sprzymierzeńca w walce z tzw. ISIS.
To, co (słusznie) zarzucano Obamie, gdy pozwolił Putinowi zdobyć przyczółki na Bliskim Wschodzie, jego następca  gotów uczynić głównym celem swojej polityki zagranicznej.  Koncepcja wspólnych działań rosyjsko-amerykańskich, wymierzonych w „islamski terroryzm”, swoją logiką przypomina zamiar gaszenia pożaru przy pomocy kanistra benzyny, zaś konsekwencje tego szaleństwa okażą się rujnujące dla świata Zachodu. 
Rosja, która od lat 20. ubiegłego wieku organizuje i wspiera wszelkie działania terrorystyczne, posiadła zdolność mistrzowskiego rozgrywania tej karty. Historycy i politolodzy będą się kiedyś głowili – jak to możliwe, że państwo, którego służby podkładały ładunki wybuchowe pod bloki mieszkalne własnych obywateli, które zorganizowało zamach smoleński, wysłało terrorystów na Ukrainę, zamordowało 300 pasażerów Boeinga, skierowało komanda Kadyrowa do USA oraz urządziło krwawy najazd „imigrantów” na Europę, mogło być w XXI wieku traktowane jako „gwarant procesów pokojowych” i uznawane za „sojusznika w wojnie z islamskim terroryzmem”?  
Trump i jego administracja z pewnością nie zadają sobie takich pytań, dlatego skutkiem ich obłędnej polityki będzie umocnienie hegemonii Rosji na Bliskim Wschodzie i coraz silniejsze szantażowanie „wolnego świata” wizją  „zagrożeń terrorystycznych”.  Ulokowanie FSB w roli sojusznika Ameryki ( a zapewne też państw natowskich) w walce z terroryzmem oraz dostęp do obszaru decyzyjnego w sprawach bezpieczeństwa światowego, staną się bezcennym łupem tandemu Rosja- Chiny.
Nie wykluczam, że na potrzeby tej odsłony strategii podstępu i dezinformacji, Rosja i Chiny mogą nawet upozorować jakiś konflikt lub doprowadzić do spektakularnych  sporów. „Strategia nożyczek” sprowadza się zawsze do symulowania rozbieżnych interesów, generowania sztucznych waśni oraz pozorowanej gry „dobra” ze „złem”. Jak dalece ta gra będzie prowadzona, będzie zależało od podatności Trumpa oraz ceny, jaką zechce zapłacić za rosyjską „pomoc”. Im bardziej amerykański prezydent będzie wierzył, że „przyciągając” Rosję, może osłabić Chiny, tym lepszą robotę będzie wykonywał na rzecz bandyckiego duetu.  
Ludziom, dla których logika rozgrywek rosyjsko-chińskich, jest tematem z pogranicza „teorii spiskowych”, warto przypomnieć słowa generała George Pattona. Tego wybitnego dowódcę rozmaici głupcy chcą dziś porównywać do postaci nominowanych przez Trumpa. Tymczasem Patton, nie tylko rozumiał wagę komunistycznego zagrożenia, ale doskonale potrafił uchwycić i scharakteryzować „genetyczną wspólnotę” Rosjan i Chińczyków:  
Problem w zrozumieniu Rosjanina jest taki, że nie bierzemy pod uwagę faktu że on nie jest Europejczykiem, ale Azjatą i dlatego myśli pokrętnie. My nie możemy zrozumieć Rosjanina bardziej niż Chińczyka czy Japończyka i od kiedy mam z nimi do czynienia, nie miałem żadnego szczególnego pożądania zrozumienia ich poza obliczeniami jak dużo ołowiu lub stali trzeba zużyć, aby ich zabić. W dodatku, poza innymi cechami charakterystycznymi dla Azjatów, Rosjanie nie mają szacunku dla ludzkiego życia i są sukinsynami, barbarzyńcami i pijakami.(...)
Dzisiaj powinniśmy powiedzieć Rosjanom, że mają iść w cholerę, zamiast ich słuchać, kiedy nam mówią, że mamy się cofnąć. To my powinniśmy im mówić, że jeśli im się nie podoba, niech idą w pi..., i wydać im wojnę. Niestety niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji".

poniedziałek, 9 stycznia 2017

MY NIE WIEMY – RZECZ O GRANICACH

"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, musza być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował  Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Dziś wiemy, że cały proces „transformacji ustrojowej” był kierowany i nadzorowany przez bezpiekę. Nim rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach dyspozycji wydanych przez szefa bezpieki, inspirowano więc powstawanie nowych partii i środowisk politycznych. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1990 przemienili się w biznesmenów, bankierów i polityków. Jedną z partii, w której znalazły się takie postacie, był Kongres Liberalno Demokratyczny, z którego, w roku 2001 powstała Platforma Obywatelska.
Gdy w świetle kamer telewizyjnych „trzech tenorów” obwieszczało powołanie „nowej siły” zapowiadając przy tym „uwalnianie tkwiących w nas talentów”, Ludwik Dorn w Tygodniku „Nowe Państwo” (z 2.03.2001) pisał: „Niezależnie od tego, że udział w tym przedsięwzięciu bierze szereg osobistości politycznych o życiorysach związanych z opozycją wobec PRL, to zarówno Andrzej Olechowski, główny animator Platformy (zarejestrowany tajny współpracownik kontrwywiadu zagranicznego PRL), jak i jego bezpośrednie zaplecze intelektualno-organizacyjne w postaci funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych (generałowie Petelicki i Czempiński) oraz grupa finansowego wsparcia (Business Centre Club, gdzie czołową rolę odgrywają byli pracownicy biur radców handlowych PRL-owskich ambasad) kojarzeni są z komunistycznym wywiadem – dawnym I Departamentem MSW. Platforma Obywatelska nie jest wyłącznie ekspozyturą “jedynki”, ale w rękach realnej grupy kierowniczej stanowi użyteczne, w dużym stopniu kontrolowane narzędzie realizacji jej ekonomicznych interesów.

środa, 21 grudnia 2016

TRZECI TEST

Poświęcanie czasu analizie rzeczywistości pod rządami „dobrej zmiany” jest czynnością tyleż jałową, jak bezużyteczną. Apologeci Prawa i Sprawiedliwości nie są zainteresowani podobnymi refleksjami, zaś  stali czytelnicy bezdekretu mogą poczuć znużenie powielaniem krytycznych uwag.  Byłaby to reakcja tym bardziej uzasadniona, że sierpniowym tekstem „NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA” zakończyłem publicystyczną przygodę z partią pana Kaczyńskiego i nie mam tym ludziom nic więcej do powiedzenia.
Po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach, muszę jednak powrócić do niewdzięcznej tematyki i zaproponować refleksję bynajmniej nieświąteczną. Nie robię tego, by okazać troskę o dalsze losy „dobrej zmiany” i przyszłość polityków PiS, ale z powodu zagrożeń, jakie w najbliższej perspektywie przyniesie nam bezmierna słabość i indolencja zakładników mitologii demokracji. Trzeba o tym powiedzieć, nim świąteczny nastrój lub zalew partyjnej demagogii „wolnych mediów”, zatrą pamięć o skali zagrożenia.
W styczniowym tekście  „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI” sformułowałem opinię, że „jeśli nawet nastąpi dziś wyciszenie kombinacji i chwilowa zmiana retoryki, to doświadczenia płynące z reakcji PiS-u zostaną z pewnością zapamiętane i spożytkowane” oraz prognozę, iż celem ówczesnej kombinacji było „zainicjowanie procedury obalenia tego rządu i w najbliższej przyszłości należy się spodziewać powtórzenia sprawdzonego scenariusza.”
Prognoza była tym łatwiejsza, że rząd PiS cyklicznie popełnia te same błędy i panicznie boi się siłowej rozprawy z Obcymi. Nigdy nie podjęto tematyki zagrożeń dywersją polityczną i atakami ośrodków propagandy, zignorowano kolejne odsłony wojny hybrydowej i pozwolono na eskalację szeregu negatywnych czynników. Ówczesna kombinacja związana z tzw. unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP i kampanią szkalowania państwa na arenie międzynarodowej, była pierwszym, przygotowawczym etapem.
Autorzy kombinacji mogli się dowiedzieć, że rząd „georealistów” z PiS uczyni wszystko, by w drodze „dialogu i porozumienia” zadowolić oczekiwania eurołajdaków i uchronić się od najgorszego przekleństwa poprawności politycznej – posądzeń o niedemokratyczność. Zrozumiano też, że, Jarosław Kaczyński, słynący z poszanowania zasad demokracji i zapewnień o jej prymacie, zawsze podda się dyktatowi tej mitologicznej normy. Cele ówczesnej kombinacji obejmowały testowanie reakcji grupy rządzącej, przećwiczenie procedur służących obaleniu rządu, związanie uwagi ośrodków rządowych sztucznie wywołanymi problemami, destabilizacje organów państwa oraz pacyfikację (uprzedzenie) ewentualnych działań wymierzonych w wewnętrznych wrogów.
Kolejny etap dywersji politycznej przećwiczono w przeddzień lipcowego szczytu NATO. Poprzez fałszywe i całkowicie irracjonalne oskarżenia, zaatakowano wtedy nie tylko osobę szefa MON, ale również jego małżonkę, generując w ten sposób patologiczne zainteresowanie opinii publicznej oraz budując atmosferę podejrzeń i pomówień. Kolejny krok polegał na włączeniu w akcję politycznej agentury wpływu i wykorzystaniu fałszywych zarzutów, jako pretekstu do sformułowania wniosku o odwołanie Antoniego Macierewicza. Korelacja poszczególnych etapów dowodziła, że mieliśmy do czynienia z działaniem zsynchronizowanym i całkowicie zamierzonym, którego kulminacja miała nastąpić w przededniu warszawskiego szczytu. Dzięki ścisłej współpracy prorządowych „wolnych mediów”, rezonujących każdy występ „opozycji” oraz braku reakcji ze strony organów państwa, łatwo osiągnięto cele operacji. Podważono zaufanie do osoby ministra, przekierunkowano uwagę opinii publicznej, wywołano chaos i zamęt informacyjny oraz doprowadzono do osłabienia pozycji negocjacyjnej Polski i wytworzenia negatywnego wizerunku grupy rządzącej w oczach natowskich partnerów.  
Powodzenie tych wstępnych etapów wojny hybrydowej, zawdzięczamy dwóm czynnikom: dominacji dogmatyki politycznej (partyjnej) nad sprawami bezpieczeństwa oraz braku procedur i mechanizmów obronnych służących eliminowaniu zagrożeń wewnętrznych. W obu przypadkach ujawniła się kompletna bezczynność i indolencja służb specjalnych oraz podatność partii rządzącej na retorykę mitologii demokracji.

Obecny, trzeci etap testowania, jest tylko naturalną konsekwencją wcześniejszych błędów i politycznej głupoty PiS, ale świadczy też o postępującej dynamice działań zaczepno-sondażowych. Pretekst, pod jakim podjęto próbę puczu antyrządowego jest całkowicie nieistotny, zaś skupianie „analiz politycznych” na poszczególnych decyzjach PiS (farsa ustawy dezubekizacyjnej, rozporządzenie marszałka Sejmu, itp.) dowodzi niezrozumienia logiki agresora.

czwartek, 1 grudnia 2016

KONSERWATYŚCI WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ!

W książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, Wiktor Suworow opisywał poszczególne kategorie sowieckich agentów. Wymienił przy tym „kategorię najbardziej ze wszystkich obrzydliwą” i określił ją mianem „gawnojedów” – nadanym owym „członkom wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczom organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonym i innych postępowym radykałom”, przez ludzi radzieckiego wywiadu.
Przypominam ten (ogólnie znany, jak sądzę) termin, bo trudno dziś znaleźć określenie celniejsze, dla opisania tak powszechnej, odpychającej i niewolniczej postawy wobec Rosji. W ostatnich latach nabrało ono nowego rysu i wolno je zastosować do kilku innych,(poza agenturalnymi) grup prorosyjskiej menażerii.
Rosja posiadła zdolność doskonałego rozgrywania tej anomalii i od wielu dziesięcioleci wykorzystuje ją do budowania swojej pozycji. Tysiące polityków, pisarzy, dziennikarzy oraz zastępy tzw. artystów i aktorów, wzorem amerykańskiego półgłówka Johna Reeda, infekują „wolny świat” bałwochwalczym uniżeniem wobec ludobójczego reżimu i zatruwają umysły fałszywym obrazem Rosji.
Przez szereg lat, ta najniższa kategoria rosyjskich paputczików obejmowała głownie osoby z kręgów lewackich i lewicowych - rozmaitych ekologów, liberałów i „postępowych demokratów”, piewców światowego „odprężenia” i ogłupiałych rzeczników „resetów”, traktujących państwo Putina niczym solidnego partnera w rozwiązywaniu globalnych problemów.
Ta ostatnia patologia – bodaj najpowszechniejsza we współczesnej polityce, jest pochodną sowieckiej idei zbieżności – zwanej teorią konwergencji. Uknuta w podziemiach Łubianki „doktryna” kazała wierzyć, że dwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo upodabniały się do siebie i mogły nawiązywać bliższe kontakty. „Konwergencja” usprawiedliwiała więc wszelkie związki ze światowym komunizmem i rozgrzeszała zgraję łajdaków z paktowania z kremlowskimi bandytami. Dzięki uprawianiu tej hiper bredni, zalegalizowaniu partii i środowisk komunistycznych, sowieckie zniewolenie bez przeszkód torowało sobie drogę do zachodnich szkół i uniwersytetów, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, w której znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod inspiracją „idei marksistowskich”. Tym samym – „konwergencja”, w wydaniu sowieckim, doprowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i zainfekowania całej myśli politycznej błędnymi teoriami i wyobrażeniami. Była pseudonaukowym podłożem, na którym wyrastały nowe zastępy gawnojedów i użytecznych idiotów, sławiących ducha współpracy i przyjaźni z Rosją.
Osadzenie tych dewiacji w środowiskach lewackich i lewicowych, nie wynikało bynajmniej z „pobratymstwa ideowego”, jak tłumaczy się to zauroczenie. Komunizm, który nigdy nie był żadną ideologią, filozofią ani doktryną polityczną, wykorzystał jedynie intelektualne upośledzenie liderów tych środowisk i narzucił im „kilka pojęć jak cepy”. 
A czymże jest nasza teoria – przyznawał Lew Trocki - jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego.”
Pułkownik Putin, który nie musiał już bawić się w „marksistowskie teorie” itp. absurdy, doprowadził komunizm na wyższy stopień pasożytnictwa i posłużył narzędziem dostosowanym do potrzeb współczesnego świata. Należało tylko usprawnić „konwergencję” o motyw pieniądza i żądzę zysku, by uczynić z niej doskonałą przynętę na sytych i głupich gawnojedów.  Ich samych również podniesiono na wyższy poziom i zaczęto traktować jako wspólników, kontrahentów i partnerów politycznych. Zasady nie uległy jednak zmianie.
Kluczem do nowego rozdania starej bredni o „konwergencji”, są opowieści o „potrzebie normalizacji” stosunków Rosji z Zachodem  oraz powszechne przeświadczenie, że bez udziału kremlowskiego satrapy, nie da się rozwiązać światowych problemów.

poniedziałek, 14 listopada 2016

DROGA DO WSPÓLNOTY 1 - KŁAMSTWO

Narodu nie zabija się pałką ani karabinem. Nie zamyka w więzieniu i nie stawia pod ścianą. Narzędziem zabójstwa jest zawsze kłamstwo – powolna, skuteczna trucizna, sączona z pokolenia w pokolenie.
Jeśli komunizm potrzebował „ideowego” fundamentu, by usprawiedliwić ludobójstwo, to z pewnością nie szukał go dla  uzasadnienia kłamstw. Te, miały być tylko prostą konsekwencją,  „naturalnym odpadkiem” milionów zbrodni, zabójstw i nieprawości. Któż zwracałby na nie uwagę, w krajobrazie łagrów i dołów z wapnem?
Wszystkie „teorie” komunistyczne, a w szczególności odwołujące się do humanizmu,  dawały  alibi mordercom,  psychopatom  i  bandytom.  A używano ich tym chętniej, im bardziej  ukrywały  najniższe  instynkty i  osłaniały  rządzę panowania nad światem.
Dlatego błędem  popełnianym  podczas  definiowania  komunizmu,  jest dopatrywanie  się  w  nim  cech  filozofii,  ideologii  bądź  politycznej doktryny, podczas gdy wszystkie one stanowiły zaledwie narzędzie dla realizacji celu i nigdy nie były celem samym w sobie. Gdy było to konieczne - zostały przyjęte i zastosowane, gdy okazały się zbędne - zmieniono je i odrzucono.
Dopatrywanie się w komunizmie „celów humanistycznych” jest rodzajem najcięższej aberracji umysłowej, do jakiej mogą być zdolni tylko ludzie wyjątkowo podli lub niebywale głupi. 
Kłamstwo, jako najgłębsza cecha komunizmu, jest też jego strukturą i formą istnienia. Jeśli ludobójstwo było środkiem do władzy, kłamstwo jest metodą jej sprawowania i sposobem na przetrwanie zła. A ponieważ „świat” dostrzegł tylko zbrodnie komunizmu i nigdy nie zdefiniował grozy kłamstwa – władza bandytów i oszustów rozszerza się i umacnia.
„Rozbestwione kłamstwo, jakim komunizm wypełnił swój świat i zainfekował nasz świat anuluje wszelkie normy rozsądku. Nikt, kto skłonny jest walczyć o godność własną i chce pozostać w zgodzie z własnym sumieniem, nie zgodzi się na to, żeby nazywać dzień nocą, ciemnotę kulturą, zbrodnię przyzwoitością, niewolę wolnością - na mocy dekretu komunistycznych władców. Poprzez kłamstwo komunizm staje się wszechobecny, przeobraża się we własność bytu, partnera istnienia, element panteistyczny, z którym nawet ścinanie paznokci ma coś wspólnego. Groza kryjąca się w tym stanie rzeczy jest nie do pojęcia dla ludzi …” – pisał Leopold Tyrmand w swoim „Dzienniku”.
Groza komunistycznego kłamstwa jest nadal niepojęta dla Polaków.
W kraju, który przez półwiecze doświadczał sowieckiej okupacji, nie tylko nie policzono zbrodni, ofiar i win, ale nie podjęto walki z kłamstwem zabijającym wspólnotę narodu. Nigdy nie nazwano go po imieniu i nie pokazano Polakom.

czwartek, 27 października 2016

KSIĄŻKA ROTHA – W PUŁAPCE DEZINFORMACJI

Gdybyśmy przyjęli, że w Smoleńsku doszło do zbrodniczej akcji służb Putina, trzeba również założyć, że byłaby to największa i najpoważniejsza tego typu operacja w historii służb specjalnych. Jej zakres nie da się porównać z żadną znaną lub domniemaną ingerencją tajnych służb. Katastrofa w Gibraltarze, zabójstwo Kennedy'ego, zamach na Jana Pawła II czy jakiekolwiek akty terrorystyczne, nie mogą być porównywalne ze zdarzeniem, w którym ginie urzędujący prezydent europejskiego państwa, grupa najwyższych rangą dowódców armii NATO i elita państwowych oficjeli.
Jest oczywiste, że takiej operacji musiałyby towarzyszyć nadzwyczajne środki zabezpieczające, adekwatne do wagi i skali zjawiska. Przy obecnym rozwoju sieci informatycznej i zaawansowanych technologiach wywiadowczych, całkowita blokada informacji byłaby niemożliwa. Gwarancję zamachowcom dawałaby natomiast główna broń rosyjskich służb i sięgniecie po narzędzia dezinformacji.
Już od 10 kwietnia 2010 można było zauważyć, że kreowanie kolejnych, nawet najbardziej szokujących hipotez na temat tragedii smoleńskiej, nie stanowi zagrożenia dla Rosji. Zostały one wpisane w mechanizmy dezinformacji i służyły odwróceniu uwagi od kwestii rzeczywiście istotnych.  Im więcej teorii się pojawiało, im bardziej są nagłaśniane i komentowane, tym lepiej dla służb kierujących operacją. Groźna byłaby tylko jedna, prawdziwa wersja oraz wiedza, prowadząca do poznania rzeczywistych okoliczności zdarzenia. Wszystkie pozostałe pracowały na korzyść kreatorów dezinformacji; wywołując pożądany szum informacyjny, ośmieszając „teorie spiskowe”, przytłaczając odbiorców rozmaitością szczegółów i utrudniając im dotarcie do merytorycznych ustaleń. Osłona dezinformacyjna przypomina wówczas wirus atakujący system immunologiczny organizmu. Uodparnia go na działanie prawdy i  czyni obojętnym wobec kolejnych dociekań.
Przez ostatnie sześć lat byliśmy świadkami budowania rozmaitych hipotez i naprowadzania opinii publicznej na fałszywe tropy. Prócz tzw. raportu MAK, który należy zaliczyć do klasycznej, rosyjskiej dezinformacji, z katalogu takich działań można wymienić sztandarowy produkt polskojęzycznych służb – tzw. teorię maskirowki czy dywagacje mówiące o nieumyślnej winie kontrolerów. Szereg publikacji i książek na temat Smoleńska zostało opartych na „tajnej wiedzy” autorów lub zainspirowanych grą służb specjalnych.

Kolejna książka Jurgena Rotha całkowicie wpisuje się w tego rodzaju kampanie. Ponieważ rzecz dotyczy wyjątkowo podstępnej hipotezy i wydaje się mieć związek z intencjami naszych zachodnich sąsiadów, warto poświęcić uwagę tej publikacji. Tym bardziej, że za sprawą głównych rezonatorów dezinformacji -tzw. wolnych mediów, związanych z grupą rządzącą, tezy Rotha są usilnie forsowane i rozpowszechniane.

niedziela, 9 października 2016

MY I ONI. POCZĄTEK DROGI

Bez podziału na My i Oni, nie byłoby Polski.
Nawet ten twór, zwany III RP powstał z dychotomii różnych postaw i poglądów, choć sprowadzonych do wspólnego mianownika - „historycznego pojednania”.
Bez podziału na My i Oni nie byłoby patriotyzmu, poczucia dumy narodowej, ruchów politycznych czy religijnych.
Bez tego podziału nie byłby możliwy opór przeciwko okupantowi, sprzeciw wobec komuny, wybór między dobrem, a złem.
Dychotomia My – Oni jest w życiu niezbędna. Organizuje i porządkuje nasz świat, pozwala odnaleźć grupową tożsamość, wydobyć się z nieokreśloności 
Bez Oni, nie byłoby My.
Poczucie odrębności wyznacza granice tego, kim jesteśmy, do jakiego kręgu kultury należymy, co identyfikujemy jako nasze. Wskazanie wrogów, nazwanie obcych - pełni ważną funkcję i buduje grupową solidarność. Jest konieczne, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Dlatego Oni boją się podziałów. Boją – szczególnie wówczas, gdy prowadzą do budowania narodu, gdy identyfikują nas wokół wartości godnych miana Polaka.
Dlatego nie pozwolili dobić nam komuny, czyniąc z tego zaniechania największą winę mojego pokolenia.  Choć od dwóch dziesięcioleci dzielą nas sami, według mętnych kryteriów własnego interesu, boją się, gdy to my dokonujemy wyboru wprowadzając kategorię niedostępną dla ich mentalności.
Dziś doprowadzili nas do muru, poza którym nie ma drogi. Dzieląc nas nienawiścią do człowieka prawego, drwiąc z naszych wartości i z naszych marzeń.
Postawili nas pod murem obojętności na zło, przyzwolenia na rządy miernot i kanalii, wymagając zgody dla rzeczy niegodnych i fałszywych. Ale i tego było im mało. Gdy pod ciężarem ich nienawiści zginął mój Prezydent, zażądali od nas milczenia, wezwali do „pojednania” i narodowej amnezji. W imię lęku przed katem. Zniewolenie każąc nazywać „pragmatyzmem”, kłamstwo  - „polityką pojednania”, a zdradę – „racją stanu”. W obronie zafajdanych życiorysów i marnych interesów, narzucają nam semantyczne oszustwo i żądają odstąpienia od nazywania rzeczy po imieniu. Chcą dialektyki, w której prawa oprawcy mierzy się zdolnością do deptania grobów ich ofiar.
Historia nie znosi idiotów i błędów popełnianych ponownie. Doświadcza, lecz uczy.  Dla tych, którzy ją ignorują – bywa bezlitosna i spycha ich w otchłań zapomnienia.
Dlatego podział na My i Oni jest dziś konieczny. Nasz gniew jest dziś konieczny. I nasz sprzeciw. Nie okazaliśmy go, gdy był na to czas. Gdy żył nasz Prezydent i mieliśmy wokół ludzi na miarę wolnej Polski. Nie okazaliśmy go wcześniej, gdy Książę Poetów wykrzyczał nam, że „naród dostał w pysk, napluto na niego, na wszystkie jego marzenia.” Milczeliśmy tak długo, aż wina za smoleńską tragedię naznaczyła wszystkich, dających przyzwolenie na zatarcie granic dobra i zła.
Dusza polska jest chora, to prawda. [...] Głównym symptomem tej choroby jest wszak przekonanie, że nic od nas nie zależy, bo wszystkie ważniejsze role rozdano. To jest mentalność człowieka zniewolonego. [...] Najważniejsze, żeby zobaczyć tę polską niemoc i się wkurzyć. Im więcej ludzi to zobaczy i się wkurzy, tym większa szansa, że coś się zmieni. Kiedyś widziałem w filmie taką scenę: mężczyzna otwiera okno w środku nocy i krzyczy, że ma już dość i tak dalej być nie może. Po jakimś czasie zaczynają tak się zachowywać inni i powstaje reakcja zbiorowa. Może to jest jakiś pomysł?” – pytał przed dwoma laty prof. Ryszard Legutko.
Trzeba się wreszcie wkurzyć i nie powtarzać bredni o naszej jedności. Trzeba się wkurzyć, by nie usypiać Polaków opowieściami, jak wspaniałym są społeczeństwem i jak zjednoczyli się w obliczu tragedii. Trzeba się wkurzyć, by zamknąć drogę do kolejnej kampanii nienawiści. To, co chcą z nami zrobić Oni, wymaga otwarcia okien i krzyku w środku nocy.

wtorek, 20 września 2016

WOJNA W KTÓREJ CHĘTNIE GINIEMY

Uważam za mało prawdopodobne, by ośrodki propagandy zaatakowały dziś Pałac Prezydencki lub niepokoiły szefów MSZ czy MSW. Trudno też sobie wyobrazić, że obiektem zmasowanej agresji propagandowej mogłaby stać się premier Beata Szydło.
Atak ze strony polskojęzycznych przekaźników jest wręcz nieomylną wskazówką – czyje i jakie działania wywołują poczucie zagrożenia antypolskich środowisk i gdzie dostrzegają one potencjał rzeczywistej siły. A skoro życiem publicznym III RP rządzą koterie służb i grupki obcych interesów, ataki te służą eliminowaniu niewygodnych postaci i kształtowaniu pokomunistycznej rzeczywistości.
Nie ma cienia przypadku, że osoba Antoniego Macierewicza od wielu lat stanowi pierwszorzędny cel medialnej agresji, a ludzie z nim współpracujący stają się obiektem rozmaitych gier i kombinacji operacyjnych.  Tak było od początku lat 90., gdy konserwowano komunistyczną hybrydę i pod hasłami „pluralizmu i demokracji” legalizowano nową odsłonę PRL-u. Pojawienie się Macierewicza w roli wiceministra MON, likwidatora WSI i nowego szefa SKW, wywołało kolejną falę wściekłych reakcji. Tym mocniejszych, że twórca KOR zachwiał wówczas kluczowym ośrodkiem triumwiratu III RP i zlikwidował „peryskop, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa”( © prof. A.Zybertowicz). Takich rzeczy się nie wybacza.
Od czasu, gdy kandydat na marszałka Sejmu Bronisław Komorowski, w reakcji na wezwanie przez Komisję Weryfikacyjną oświadczył- „Pan Macierewicz powinien zniknąć”, osoba likwidatora WSI znalazła się na celowniku reżimowych propagandystów, zaś czekistowska nienawiść do Macierewicza do dziś integruje twardogłowych idiotów i „skrzywdzonych” agentów.
Dlatego w latach 2008-2009 na wszelkie sposoby utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej WSI, zniesławiano i zastraszano jej członków, a wokół procesu likwidacji wytworzono atmosferę oskarżeń i klimat nielegalnych działań. Pod koniec 2007 roku rozpoczęto zaś kombinację operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa ABW oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, nazwaną przeze mnie aferą marszałkową. Częścią kombinacji, prowadzonej w dużej mierze przez ośrodki propagandy, była kampania oszczerstw i pomówień pod adresem Antoniego Macierewicza oraz akcja dezinformowania społeczeństwa na temat przyczyn i skutków likwidacji wojskowych służb.
W kolejnych latach rozgrywano ją również w sieci internetowej, gdzie obejmowała głównie te obszary, w których toczyło się tzw. śledztwo blogerskie w sprawie tragedii smoleńskiej. Pojawiały się publikacje, których autorzy w sposób niewybredny atakowali przewodniczącego zespołu parlamentarnego i usilnie podważali ustalenia ekspertów smoleńskich.
Gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory parlamentarne, natychmiast przystąpiono do „palenia” kandydatury likwidatora WSI na stanowisko szefa MON. W tym kontekście trzeba odczytywać szereg publikacji zamieszczonych w jednym z „niezależnych” mediów.
Do ataku przystąpiły też ośrodki propagandy. Cytując zmanipulowane wypowiedzi z Chicago i Toronto na temat Aneksu WSI, próbowano ukazać kandydata na szefa resortu jako osobę nieodpowiedzialną i fanatyczną. Skorelowane z tym występy E. Kopacz oraz brednie wygłaszane przez pomniejszych funkcjonariuszy reżimu, pozwoliły ponownie nakręcić histeryczną kampanię pomówień.

poniedziałek, 12 września 2016

O WALCE DIABŁA Z SZATANEM

Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji” przypominał - „Polityka Zachodu podczas wojny kierowała się względami narzuconymi jej przez sojusz z Sowietami; polityka Zachodu po wojnie kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć pokojowej koegzystencji z Sowietami.
Do tej trafnej konkluzji autora „Drogi donikąd”, moglibyśmy dziś dopisać – „Polityka Zachodu po upadku Sowietów kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć kooperacji ekonomicznej i agenturalnej oraz wolę zachowania spokoju – za każdą cenę”.
Dla nas - Polaków oznacza to, że doświadczenia lat 1939, 1945 i 1989, muszą być postrzegane jako historyczna przestroga. Kolejna data w polskiej historii nie przyniesie przełomu w łańcuchu dyplomatycznych łajdactw, zdrady i zawiedzionych nadziej. Żadna z „zachodnich demokracji” nie będzie umierać za Polskę, tak jak dziś nikt nie chce nadstawiać głowy za wolną Ukrainę.
Zachód nigdy nie dokonał korekty polityki wobec ZSRR-Rosji, nie wyciągnął wniosków z najbardziej rażących błędów i nie zdobył się na rewizję ładu jałtańskiego.
Za rozpętanie II wojny światowej i ludobójstwo katyńskie, za bandyckie wysiedlenie ponad dwóch milionów Polaków i zbrodnie dokonywane pod okupacją sowiecką – „wolny świat” przyznał Sowietom miano sojusznika w walce z Hitlerem i namaścił Stalina na sprzymierzeńca. Pozwolił również, by sowieccy zbrodniarze zalegalizowali okupację blisko połowy państw europejskich i na długie półwiecze ustanowili „ruski ład” na obszarze „wyzwolonym” przez Armię Czerwoną.
Postawę Zachodu wobec Sowietów wyznaczyły wówczas słowa Churchilla - o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Zaledwie „diabłem” miał być Stalin, odpowiedzialny za śmierć blisko 200 milionów istnień. W opinii przywódców „wolnego świata” stanowił on mniejsze zagrożenie od „szatana” – Hitlera, winnego zagładzie prawie 60 milionów ludzi.
Gdy „diabeł” wykrwawił „szatana” na ziemiach oddalonych od europejskich stolic, przyjęto dogmat, iż każdy, kto występuje przeciwko „diabłu”, będzie odtąd wrogiem koalicji antyfaszystowskiej i przeciwnikiem „normalizacji”. Zaakceptowano również okupację sowiecką nad połową Europy, nadając jej pozory „demokracji socjalistycznej” i konwalidując okupacyjne twory w relacjach międzynarodowych.
Ówczesne „autorytety emigracyjne” zgrzytały zębami, gdy Józef Mackiewicz przywoływał słowa Goebbelsa, który w przededniu klęski hitlerowskich Niemiec pisał - „Polskę czeka marny los na wypadek zwycięstwa aliantów, Anglia okaże się w rezultacie słaba i Polskę sprzeda, bolszewicy Polskę zabiorą i zrobią z niej 17 republikę.”
Rok 1989 i propagandowe ogłoszenie „upadku komunizmu” był efektem kontynuacji tej mitologicznej postawy wobec „diabła”. Jego przejście na „stronę światłości” powitano jako ostateczne zwycięstwo nad „szatanem totalitaryzmu” i konsekwencję wspólnej walki z demonem – Hitlerem. Przyczyną tej zbiorowej mistyfikacji była m.in. konieczność usprawiedliwienia sojuszu z międzynarodowym komunizmem. Bez tego usprawiedliwienia, ideowa wykładnia wojny z Hitlerem oraz zgoda Zachodu na półwiecze okupacji sowieckiej, nie byłaby możliwa.
Dzięki fikcyjnej „śmierci komunizmu” dokonano rozgrzeszenia hańby ładu jałtańskiego, zaaprobowano farsę procesu w Norymberdze i zapomniano komunistom zbrodnie ludobójstwa, przy których bledną wyczyny Hitlera.
            Współczesna geopolityka stanowi prostą kontynuację tej mitologii i wspiera na szalbierskich dogmatach ustanowionych w czasach powojennych. Nie ma w niej miejsca na racjonalną metodologię, która uwzględniałaby rzeczywistą pozycję Federacji Rosyjskiej ani na prawidłową ocenę głównej broni Kremla - strategii podstępu i dezinformacji.

piątek, 26 sierpnia 2016

NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA

Jeśli od kilku tygodni ten rząd zapewnia wszem i wobec, że jest miłośnikiem demokracji i ponad wszystko szanuje prawa opozycji, a III RP to kraj kwitnących praw obywatelskich – jakże może podjąć twardą rozprawę z patologiami tego państwa lub postawić przed sądem zdrajców – obecnych „opozycjonistów?
Nietrudno zrozumieć, że każda, najmniejsza próba rozliczenia reżimu PO-PSL zostanie natychmiast okrzyknięta „polityczną zemstą” i „pogwałceniem zasad demokracji”. Przyjdzie to tym łatwiej, że obecny rząd przyjął reguły narzucone przez przeciwnika i głosząc pochwałę „demokracji III RP” zamyka sobie drogę do wyjawienia prawdy o ostatnich ośmiu latach.
Pułapka demokracji okaże się tym bardziej skuteczna, że zastawiono ją na arenie międzynarodowej, w środowisku wrogim i dalekim od znajomości spraw polskich. Odtąd każdy łajdak, któremu chciano by postawić zarzuty, będzie mógł wylewać żale na forum PE i udowadniać, że stał się ofiarą „nagonki politycznej”. Gdyby komuś przyszło do głowy stawiać przed sądem polityków PO-PSL – niechybnie usłyszymy o okrutnym „prześladowaniu opozycji” i „zamachu na demokrację”. Tym kontroskarżeniem można zablokować wszelkie działania w sprawie Smoleńska, ale też sprawy dotyczące afer i pospolitych przestępstw”.
Przypominam fragment styczniowego tekstu „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI”, by definitywnie przeciąć spekulacje dotyczące intencji grupy rządzącej i w miejsce łatwego optymizmu zaproponować realną ocenę.
Trudno pojąć, dlaczego po roku prezydentury A. Dudy i rządów Prawa i Sprawiedliwości, nadal funkcjonuje mitologia „dobrych zmian”, a wyborcy PiS trwają w przeświadczeniu, że ich wybrańcy podejmą walkę z patologiami III RP. Przyznaję – jest to dla mnie fenomen społecznego odurzenia, niewytłumaczalny na gruncie logiki i racjonalnych kategorii.
I nie miałbym nic przeciwko tej bałwochwalczej wierze (kompromituje wyłącznie wyznawców i ich idoli), gdyby ów stan ignorancji i umysłowego niedołęstwa, nie groził poważną zapaścią i utrwaleniem rządów politycznych hochsztaplerów. Gdyby nie był niebezpieczny dla naszej przyszłości i tych, nielicznych osób, które zadają jeszcze pytanie- co dalej?
Wiara, że PiS chce zmienić III RP i z komunistycznego bękarta stworzyć wolne państwo, jest bowiem równie niedorzeczna, jak niezbędna dla kolejnych zastępów oszustów i utrwalaczy magdalenkowego szalbierstwa. To oni skorzystają na operacji „wymiany wody” wykonywanej dziś rękami PiS i przejmą rządy po wyborach 2018. Jest to zatem kwestia naszego bezpieczeństwa, którego ten rząd i ta grupa polityków nie potrafią Polakom zapewnić.
Uważam jednak, że nie można dłużej trwać w roli recenzenta i krytyka grupy rządzącej i mocą rzeczowych argumentów próbować walki z zaślepieniem i wszechobecną głupotą.
Szkoda na to czasu i uwagi czytelników bezdekretu. Trzeba przyjąć cezurę, która chroniąc nas przed rozgoryczeniem i frustracją, otworzy wzrok na wizję długiego marszu i sensownych, politycznych rozwiązań.

czwartek, 4 sierpnia 2016

PRZEGRANA WOJNA – (2) TERAPIA


Warunkiem zastosowania adekwatnych środków jest prawidłowa diagnoza. Ponieważ władze III RP nie są zdolne do rozpoznania zagrożeń wewnętrznych i próbują je tłumaczyć logiką „mechanizmów demokracji”, nie należy spodziewać się podjęcia skutecznej terapii.
W realiach państwa owładniętego mitologią demokracji nie sposób oczekiwać, że środowiska nazywane dziś „opozycją”, będą potraktowane jako dywersanci lub określone mianem politycznej agentury wpływu. Tym większą naiwnością byłoby sądzić, że ośrodki wrogiej propagandy (nazywane mediami prywatnymi), w których tak chętnie brylują politycy PiS i urzędnicy prezydenta, zostaną zlikwidowane bądź poddane jakimkolwiek ograniczeniom.
Świadomość takiego stanu sprawia, że proponowane poniżej rozwiązania mają wyłącznie walor teoretyczny i nie znajdą zastosowania w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wskazuję je, jako przyczynek do dyskusji nad rzeczywistymi zagrożeniami, mając nadzieję, że doczekamy się kiedyś rządu, który odrzuci antypolskie dogmaty mitologii III RP i przywróci Polakom poczucie bezpieczeństwa.

Za pierwszy i nieodzowny warunek walki z zagrożeniami wewnętrznymi uważam przeprowadzenie wielowątkowej terapii językowej - semantycznej. Chodzi o odbudowę podstawowego systemu pojęć zniszczonych lub zdewaluowanych w okresie okupacji komunistycznej i trzech dekad pseudo państwowości III RP.
W życiu publicznym (w świadomości społecznej) trzeba przywrócić znaczenie słowom definiującym zagrożenia i opisującym stan rzeczywisty. Określenia „zdrada”, „dywersja”, „dezinformacja”, „wojna informacyjna”, „wroga propaganda”, „operacja wojny hybrydowej” itp. - muszą być sprecyzowane na nowo i włączone do języka publicznego (ustawy, regulacje prawne, przekaz medialny). Trzeba zaprzestać traktowania ich jako niewygodnych, a często „kontrowersyjnych” epitetów i przyjąć, że opisują autentyczne zachowania. Należy stosować je w odniesieniu do działań przedstawicieli partii politycznych i mediów i używać adekwatnie do obszaru zagrożeń. Penalizacja tych czynów powinna skutkować wprowadzeniem dotkliwych kar pozbawienia wolności, ograniczenia lub zakazu działalności poszczególnych partii politycznych i ośrodków medialnych.
Bez przeprowadzenia takiej operacji, nie ma mowy o zrozumieniu istoty zagrożeń związanych z wojną hybrydową i działaniem politycznej agentury wpływu. Ponieważ wymaga to rozstania z miazmatami poprawności politycznej i rezygnacji z języka dogmatyki III RP, jest to zadanie niewykonalne dla obecnych elit politycznych.
W tym samym obszarze działań, znajduje się postulat sporządzenia nowej strategii bezpieczeństwa narodowego, odpowiadającej skali obecnych zagrożeń.
Chyba niewiele osób ma świadomość, że obowiązująca dziś strategia powstała w roku 2014, pod kierunkiem byłego szefa BBN Stanisława Kozieja i stanowi zbiór tyleż jałowych, jak błędnych ogólników, nazwanych szumnie „strategią Komorowskiego”.  Również widniejąca na dzisiejszej stronie BBN, tzw. Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego, jest dokumentem z roku 2013, w którym nie tylko nie uwzględnia się skali współczesnych zagrożeń, ale bezpieczeństwo Polski uzależnia od ułożenia „partnerskich stosunków” z Rosją – „Pozytywne znaczenie dla wzmocnienia pozycji Polski miałoby partnerskie ułożenie stosunków z Rosją, a nawet przełom we wzajemnych relacjach, przy założeniu odejścia Rosji od mocarstwowej polityki wobec swoich sąsiadów oraz obrania drogi ku zwiększonej demokratyzacji.” – czytamy w tym sztandarowym dziele.